Ostatnio dodane
recent

[PODRÓŻE] CHINY: HONGKONG - JEDZENIE🥡 🥢🍜 (DUŻO ZDJĘĆ)

Hejka Kochani 😎 Zgodnie z obietnicą, kolejny wpis o Hongkongu a tym razem będzie o jedzeniu oraz tym, co można kupić w sklepach. Chiny to kraj, w którym jedzenie odgrywa ogromną rolę! W samym Hongkongu znajdziemy masę knajpek z kuchnią azjatycką: chińską, japońską, mongolską, koreańską, tajwańską oraz europejską. Naszą uwagę skupiliśmy głównie na smakach chińskich ale udało się nam też odwiedzić restaurację tajwańską. Mnogość potraw, przysmaków jest tak ogromna, że nawet ta porcja zdjęć, którą Wam za moment zaserwuję, nie jest w stanie oddać ogromu jedzenia, który wylewa się z ulic, wystaw i wszelkiej maści straganów. Jeżeli jesteście ciekawi smaków Azji, tego co można w Hongkongu zjeść, koniecznie przeczytajcie ten wpis, zapraszam!





Targ


 W tych miejscach mnogość składników jest przeogromna! Znajdziemy tutaj wszelkiej maści ryby i owoce morza, owoce, warzywa a także świeże mięso wiszące na hakach. Idąc przez targ lub obok niego czuć zapach zarówno świeżego jedzenia, jak i suszonego - coś pięknego! Wiele ryb, warzyw czy przekąsek była dla nas zupełnie nie znana i wszystko kusiło aby spróbować. 
Patrząc teraz z perspektywy czasu, targ jest najlepszą opcją dla tych z Was, którzy lubią i mogą gotować, będąc tam na miejscu. My wybraliśmy opcję nie budżetową i woleliśmy szukać ciekawych smaków w mieście, jednak będąc na miejscu, koniecznie zajrzyjcie na targ, chociaż po owoce!





















Co warto kupić na targu i w sklepie?


Tak naprawdę wszystko! My na targu zdecydowaliśmy się na zakup owoców i dzięki temu mogliśmy skosztować pysznego owocu o nazwie Sugar apple (Flaszowiec łuskowaty), który swoim wyglądem przypomina zielone jabłko z łuskami. Żeby było ciekawiej, to istnieje jeszcze kilka innych, podobnych owoców do tego o nazwie: Atemoya, Cherimoya, Custard apple. Szczerze? Ja ich zbytnio nie rozróżniam! Jeżeli chodzi o smak naszej "szyszki" to był super! Pamiętam, że musieliśmy po umyciu i sparzeniu, wydłubać czarne nasiona bo z tego, co czytałam ich jeść nie wolno bo są trujące.
W każdym razie, owoc był pyszny i było to połączenie gruszki z mango, mniam!



Ponadto, znajdziemy kilka odmian mango, takich jak: zielone, żółte oraz te, które znamy z naszych sklepów. Podczas naszej wycieczki (koniec lutego - początek marca), mogliśmy cieszyć się również smoczym owocem, chińskim lychee o nazwie Longan, papają, Durianem i wieloma innymi (napaliliśmy się na Jackfruita ale niestety to nie była pora zbiorów).
 Jeżeli jesteśmy już przy Durianie... Matko, jak on ŚMIERDZI. Zapach dla mnie był nie do zniesienia! A jak to pachnie? Ja ten zapach odbierałam za przeproszeniem jako rzygi. Maciejowi z kolei pachniało i jego ten owoc kusił ale finalnie nie odważył się go zjeść 😂



Na foto powyżej możecie zobaczyć sobie cudnego Durianka. Oprócz tego, że na tym stoisku sprzedawano owoc cały, obrany to jeszcze dla prawdziwych fanów tego przysmaku, stworzono słodycze! Wierzcie mi, nie skusiłam się na żaden deser tam i stałam dosłownie wstrzymując oddech.



Oprócz wyżej wymienionych rzeczy, można było skusić się na różne przekąski, fastfoody. Nie wszystko ładnie wyglądało czy pachniało a ja mam taki nos, że jak coś mu nie pasuje to nie zjem.
W każdym razie, fani jedzenia nie będą narzekać bo jest w czym wybierać! 



W sklepach, wybór jedzenia jest również porażający! Możemy zakupić coś w danym hipermarkecie czy dedykowanych sklepach z herbatą, suszonymi owocami morza, ziołami czy deserami.
Jednak nim przejdziemy do sklepów muszę pokazać Wam jeszcze z bliska pieczony drób, który wisiał na hakach, powodując ślinotok u głodnych ludzi. 





W takich małych knajpkach czy budkach przy ulicy nie próbowaliśmy a to dlatego, że naszym punktem programu, najważniejszym jeżeli chodzi o jedzenie była pewna mega znana knajpa, serwująca pieczoną gęś, która posiada gwiazdkę Michelina ale o niej będzie pod koniec tego wpisu.




Na tych fotkach możecie podziwiać sklep z suszonymi owocami morza, które Chińczycy dodają do potraw. Mogliśmy sobie z Maciejem wszystko z bliska obejrzeć. Najbardziej serce nas bolało na widok zasuszonych koników morskich 😭 Ciekawie prezentował się również morski ogórek, którego możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.






W tym sklepie kupiliśmy również ziołową herbatkę na poprawę zdrowia, jak się okazało potem, herbata miała ciekawe składniki w sobie oraz smak a jej cena oscylowała w granicy 50 - 60zł za ok 20 torebek. Jak już przy herbacie jesteśmy to warto odwiedzić trzy miejsca poświęcone temu trunkowi! Dwa z nich to typowe sklepy, w których możemy nabyć wysoko gatunkową herbatę a trzecie jest muzeum herbaty, w którym możemy posmakować danej odmiany a dodatkowo zakupić wybrany przez nas rodzaj. 


Pierwszą herbatę kupiliśmy w Eu Yan Sang a była to herbata premium, zielona z jaśminem, którą podarowaliśmy mojej Mamie. Jej koszt wynosił ok 140zł za opakowanie, które mieściło 30 torebek.



Drugi sklep z herbatą warty uwagi to Ying Kee Tea House, w którym zakupiliśmy dobrego gatunkowo Oolonga oraz zieloną, za które zapłaciliśmy ok 400zł. Oolong kosztował nas 250zł a zielona 150zł. Czy było warto? TAK. Takiej herbaty jak żyję, nie piłam! 

W tym miejscu muszę Wam napisać, że dowiedzieliśmy się też, jak należy parzyć Oolonga i okazało się, iż przez całe życie robiliśmy to źle! W dużym skrócie, tajemnica w dobrym wywarze tkwi w odpowiednich proporcjach herbaty do wody i tak: jeżeli parzymy w mini czajniczku, przeznaczonym dla jednej osoby (mieści się tam ok 150ml płynu) to wsypujemy łyżeczkę herbaty a jeżeli jest to czajniczek dla dwóch osób to wsypujemy ok. 2,5 łyżeczki. Następnie wlewamy wrzątek i od razu wylewamy do zlewu. Dlaczego? Pierwszy napar zawiera brudy i się go nie pije! Dopiero za drugim razem uzyskujemy esencję, którą przelewamy do czarki. Kiedy napar nam zniknie, ponownie wlewamy wrzątek i w ten oto sposób Oolonga możemy parzyć do 4 razy a smak tej herbaty będzie się zmieniał w czasie. 



Magiczne miejsce!




Warto również przypomnieć Wam o galerii i sklepie z herbatą, w której mieliśmy okazję degustować wybrane przez nas rodzaje. Oczywiście degustacja nie była za darmo a jej koszt dla 6 osób wynosił ok 300zł. To miejsce znajduje się w parku w Hong Kongu a oprócz niego jest też muzeum herbaty, więcej o tym pisałam w poprzednim wpisie TUTAJ KLIK. Nie żałuję wydanych tam pieniędzy, gdyż mogliśmy skosztować różnych herbat z różnej rangi cenowej. Czas tam spędzony bardzo miło wspominam! Na foto z czajniczkiem możecie zobaczyć o jaką pojemność płynu chodzi, jest to czajnik dla jednej osoby i wierzcie mi, jak zaparzycie sobie Oolonga i wypijecie 4 napary, będziecie nakręceni jak pozytywka! Jeżeli chodzi o herbaty jakie kupiliśmy to poczekajcie do ostatniego wpisu z zakupami. Na koniec, w tym miejscu dodam, że super gatunkowo herbaty sprasowane były w formie dysku, schowane za gablotę. Najdroższa herbata tam? Zgadniecie? Dobra, powiem Wam i nie będę dręczyć! Jeden z dysków kosztował 15tys zł!




Jak jest herbata to muszą być i słodycze! Znajdziemy tutaj wszelkiej maści bułeczki ale też przysmak, który nam osobiście nie przypadł do gustu. A co to takiego?




Tarty jajeczne! Możecie je podziwiać na foto powyżej. Najlepiej smakują na ciepło a jaki to smak? Dla mnie w sumie nijaki... Czułam kruche ciasto i smak rozbitego jajka, to wszystko. Słodyczy wyraźnej brak ale na pewno warto było spróbować! Fanem tego cuda nie zostałam ale są ludzie, którzy kochają ten smak.



Skosztować możemy nie tylko chińskich smakołyków ale również japońskich, jak mochi czy słodkości z zieloną herbatą. Spotkaliśmy nawet japońskiego sękacza!





Ponadto, torty, ciacha, ciasteczka i torciki - wszystko, czego dusza zapragnie! Mnie smakował niesamowicie tort z matchą, który miał smak bardziej wytrawny, niż słodki. Był pyszny!






A tutaj wspomniany sękacz i cena. Krążek w pudełku kosztował 265$hk czyli w przeliczeniu na zł 116zł. Sporo. Podobnie było też z inną rzeczą z Japonii a konkretnie z... truskawkami! Nasze miny, gdy zobaczyliśmy cenę za nie wprawiła nas w osłupienie a Chińczycy? Ich stać na bardzo dużo ale wierzcie mi, zatrzymywali się, pokazywali palcami te truskawki i śmiali się do rozpuku!



A oto i japońskie truskawki! Cena to 838$hk czyli w przeliczeniu na zł 368zł, za jedną trzeba było zapłacić ok 52zł. Najlepszy był jednak tekst firmy, w której to mogliśmy wyczytać, że są specjalnie wyselekcjonowane i zbierane ręcznie. Cóż, komentarz do tych truskawek pozostawiam Wam.



Restauracje



One Dim Sum


One Dim Sum to sieć, która oferuje pyszne potrawy w bardzo niskich cenach! Znajdziemy tutaj pierożki Dim Sumy, bułeczki wypełnione mięsem wieprzowym, odrobinę słodkie ale obłędnie smaczne! Ponadto zupy i danie, w którym się zakochałam - glazurowane kurze nóżki. OMG jakie to było pyszne! Nie dość, że wybór dań jest duży, to jeszcze nie musimy wydawać zbyt dużo, gdyż ceny oscylują w granicach 13 - 26$hk czyli 6 - 12zł. Pamiętam, że tam poszaleliśmy i zamówiliśmy masę dań, dosłownie cały stół był zastawiony a rachunek na koniec opiewał o kwotę ok 250zł.
Jeżeli chodzi o zamawianie to zazwyczaj pod One Dim Sum są kolejki i trzeba czekać ale w międzyczasie dostajecie specjalną kartę z daniami + menu do wglądu. Na kartce zaznaczacie krzyżykiem, co chcecie zjeść i nie martwcie się, menu posiada również angielskie napisy.







Din Tai Fung


Knajpka serwująca kuchnię tajwańską i tutaj ceny były już troszkę wyższe, gdyż dania oscylowały w kwotach 15 - 58$hk czyli 7-26zł. W tym miejscu wybraliśmy sobie po zupie oraz daniu głównym. Miłym gratisem była zielona herbata serwowana w dzbanku i do tego świeżo starty imbir.




Zupa, którą wybrałam powyżej była gotowana na wołowinie ale bez mięsa, z samym makaronem.
Smak super!



Maciej wybrał zupę na mięsie wołowym z baby Pok Choy. Jej smak był obłędny.




Skrzydełka słodko - kwaśne podane na algach (chyba). Nie były kwaśne! Bardziej była wyczuwalna słodycz i w smaku były równie dobre, co zupy.



Dim sumy, czyli pierożki w których jest rosół. Gdzie ich nie zamówiłam, zawsze były pyszne! Wariacji smakowych jest sporo bo mogą być z wołowiną, wieprzowiną, kurczakiem, krewetkami lub jakimś mixem. Wszystko zależy od miejsca, w którym jecie, jednak warto ich skosztować.
Mają w sobie pyszny rosołek, który należy wypić tuż po nagryzieniu pierożka, coś jak w gruzińskich Chinkali. Pierożki te możemy spotkać w różnych kształtach.

Oprócz wyżej wspomnianych miejsc, pragnę w też wspomnieć, że każde z dań, które jadłam było pyszne, nieważne czy była to wołowina po syczuańsku, bardzo ostra (jadłam ją w knajpie na Mong Kok, na przeciwko restauracji syczuańskiej, lokal z czarnymi stolikami) czy obłędna w smaku sałatka ze świńskich uszu (mam cały czas jej smak na języku!). Był też jeden niewypał w postaci tipsów z kurzych skrzydełek, które za moment zobaczycie. Poniżej spójrzcie wpierw, jak wyglądała wołowina po syczuańsku oraz wspomniana sałatka.


Wołowina z sałatką ze świńskich uszu



Tipsy (czyli końcówki) skrzydełek kurczaka po syczuańsku, POTWORNIE słone aż usta wykrzywiało! Takie mają być ale ten smak nas nie kupił zupełnie.


Wszystko, co jadłam było świeże, czysto podane, smaczne i pachnące. Zero bólu brzucha, zatruć czy innych rewelacji. Zasada była jedna i ta sama, jeżeli chodzi o jedzenie za granicą: idziemy tam gdzie są ludzie i ładnie pachnie a pośladki nie przyklejają się do krzesła!
   

Kam's Roast Goose


Na koniec zostawiłam prawdziwą wisienkę na torcie, miejsce które kupiło nas wszystkich a mnie i Macieja rozkochało na maxa! Mam na myśli obłędną restaurację o nazwie Kam's Roast Goose.
Zacznijmy od historii! Miejsce to powstało dzięki dziadkowi i ojcu obecnego właściciela a knajpka nosiła nazwę Yung Kee. Ojciec z synem ciężko pracowali aby zyskać sławę i renomę, co oczywiście się udało oraz przyniosło wiele sukcesów na arenie międzynarodowej. Ciekawostką jest, że Yung Kee również istnieje w Hongkongu i z tego, co zrozumieliśmy to istnieją dwie restauracje serwujące pyszną gęś (Yung Kee i właśnie ta nagrodzona) ale to Kam's Roast Goose posiada gwiazdkę Michelina. 



Kolejki pod tym lokalem są zawsze ogromne! My, będąc pierwszy raz staliśmy godzinę, nim zwolnił się jakiś stolik! Czy warto było czekać? Za moment sami zobaczycie...



Restauracja nie jest ogromna, jak widzicie. Ten pan w czerni na kuchni to właściciel, który jest codziennie i pilnuje interesu.
A jak prezentowało się nasze danie?



Zamówiliśmy z Maciejem pieczoną gęś, całą! Chińczycy w lokalu oszaleli! Wpierw zaczęło się od kelnerów, że to dla nas zbyt duża porcja, nie zjemy tego i możemy wziąć coś mniejszego ale co tam, zaryzykowaliśmy!Miny Chińczyków siedzących wokół nas bezcenne, każdy się patrzył i nie dowierzał, że my to zjemy 😂 Do gęsi dobraliśmy ryż i tak, siedząc sobie 1,5h jedliśmy. Przed nami tylko dwóch dużych panów z USA zjadło całego ptaka, więc jesteśmy sławni haha. A smak?
O MÓJ BOŻE. Myśląc teraz o tej gęsi mam pełno śliny w ustach i wierzcie mi, czegoś tak obłędnie pysznego w życiu nie jadłam! Niesamowity balans smaków, słodycz, chrupkość skórki (całkowicie wypieczonej, była grubości papieru!) i smak gęsiny - obłęd! Pamiętam pierwszy kęs w ustach i ten moment, gdy łzy zebrały się w moich oczach, takie to było dobre! Jeżeli chodzi o cenę to było to najdroższe danie, gdyż cała gęś kosztowała nas ok. 240zł (540$hk) i wiecie co? Wróciliśmy ponownie i zamówiliśmy raz jeszcze całą gęś i to razy dwa, tym razem będąc już w rodzinnym gronie.  Herbatę, którą widzicie na foto dostawaliśmy gratis, ilekroć o nią poprosiliśmy. 
Obsługa bardzo miła i mówiła dobrze po angielsku. 





Poniżej podaję menu Kam's Roast Goose.








Podsumowanie


Hongkong to miejsce pełne smaku, gdyż Chińczycy kochają jeść i jako, że jest ich mnóstwo, na niedobór lokali też narzekać nie możecie! Wybór jest przeogromny i każdy znajdzie coś na swoją kieszeń, o to się nie martwcie! Jeżeli chodzi o ceny poszczególnych restauracji to wszystkie menu czy to z Din Tai Fung czy one Dim Sum z powodzeniem znajdziecie w necie. Podobnie jest też z hipermarketami, jest i pieczywo i mięso, sery, mleko oraz w dużej mierze produkty sprowadzane z różnych stron świata, w tym też z Europy, więc nie bójcie się, że lecąc do Hongkongu będziecie skazani tylko na ich przysmaki.

My spełniliśmy swoje marzenie o prawdziwie chińskiej kuchni, mogliśmy skosztować przepysznej gęsi, której smak zostanie w naszej głowie do końca życia. Ponadto, cały czas po głowie chodzą mi te glazurowane, kurze nóżki (kosztowały ok. 9zł za miseczkę!) oraz sałatka ze świńskich uszu (cena też ok 7-9zł) o zaskakującej konsystencji i smaku (była chrupka i uszka były tak cienko pokrojone, że wyglądały jak lameta). Nie bójcie się smakować, próbować ale pamiętajcie aby iść tam, gdzie są ludzie, pachnie jedzeniem i nie jest przeraźliwie brudno - to jest zawsze gwarancją tego, że smacznie zjecie i nic Wam nie będzie.



A teraz żegnamy się z Wami i zapraszamy Was do ostatniego wpisu, który pojawi się w przyszłym tygodniu, będzie o zakupach. Buziaki i do zobaczenia 😘




Pat Sprada

Pat Sprada

23 komentarze:

  1. Lubię chińszczyznę, a teraz narobiłaś mi smaka na owoce morza i te przeróżności >3

    OdpowiedzUsuń
  2. Gęś, sałatkę z uszami czy pierożki z chęcią bym zjadła. Tak tj wszystko fajnie odpisałaś że zachciało mi się tam jechać. Może kiedyś uda mi się wybrać na taką wycieczkę. Te owoce, targi, sklepy czy knajpki - świetnie. Wycieczka marzeń! Dziękuję Ci że mogłam się tam na chwilę przeniesc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że doceniłaś moją pracę! 😘 Ilekroć piszę o wyjeździe to zamiar jest 1: pokazać rzeczywiście, jak było tam, dosłownie moimi oczami. Miło mi, że poczułaś się, jakbyś tam była. Wierzę, że kiedyś polecisz do Hongkongu i sama skosztujesz tych pyszności, tego Ci też życzę!

      Usuń
  3. Akurat mnie ta cześć swiata nie interesuje: ).

    Semilac szalu nie robi:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, jak pisałaś o USA i spokojnie, będzie o tym pod koniec roku 😎

      Usuń
  4. Ja uwielbiam kuchnię azjatycką ale w spolszczonej wersji. Targ robi wrażenie, szczególnie nie mięso a ilość różnorodnych warzyw , owoców morza i ryb. Na widok deserów i gotowych dań obiadowych aż ślinka cieknie. Ta gęś wygląda pysznie, ja z moim chłopakiem też pewnie byśmy ją zjedli :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polska chińszczyzna ma niewiele wspólnego z tym, co tam jadłam i szczerze, wolą 100x bardziej oryginał, niż kopię. Gęś była obłędna :)

      Usuń
  5. Kiedyś czytałam podobny wpis tylko o Korei, byłam zaskoczona ich jedzeniem tym jak się w niektórych przypadkach różni od tego tradycyjnego. Przykładowo zaskoczyły mnie hot dogi na patykach aż się zastanawiałam, ale jak to możliwe? A jednak można! Widze, ze w Hongkongu też ciekawe potrawy można spotkać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hot dog na patyku też był ale się nie skusiliśmy. Korea jeszcze przed nami, więc pewnie też pojawi się tutaj wpis a co do HK - tak - jedzenie było ciekawe ale przede wszystkim świeże i smaczne.

      Usuń
  6. Chciałabym spróbować jakiegoś totalnie innego jedzenia- lubię poznawać nowe smaki.

    OdpowiedzUsuń
  7. O ja jak zazdroszczą marzy mi mi się gdzieś lot za granicę

    OdpowiedzUsuń
  8. Widać, że to niesamowity kraj, w którym nawet jedzenie jest oryginalne i kolorowe.

    OdpowiedzUsuń
  9. Sugar Apple jest podobno przepyszny! Durian to wiem, masakra! Jak oglądam filmiki gdy ludzie go jedzą, to aż mnie odrzuca! :D Tak btw zawsze podziwiałam ich "street food" :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest Gosia! W Auchanie widziałam niedawno Cherimoyę, no aż się zdziwiłam :D Żarcie uliczne jest na wysokim poziomie, nie powiem!

      Usuń
  10. Muszę kiedyś wybrać się do Chin i skosztować ich jedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo polecam bo chińszczyzna u nas nie ma nic wspólnego z jedzeniem tam!

      Usuń
  11. Faktycznie bogato w towary na tych bazarach. Sama też bym kupiła duuuużo owoców. Jeśli o mnie chodzi to ten drób z głowami jakoś mnie nie zachecilby do kupienia.

    OdpowiedzUsuń
  12. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  13. Mówi się, że człowiek je i kupuje oczami i to prawda! Obok tego targu mię mogłabym przejść obojętnie:)
    Jako smakosz herbat i słodyczy z pewnością chciałabym wypróbować ich jak najwięcej:) Oki co mogę "próbować" tylko oczami dzięki twoim postom kochana!!! Dziękuję:*

    OdpowiedzUsuń
  14. Nigdy nie ciągnęło mnie do Chin, między innymi dlatego, że obawiałam się co tam zjem ;) jestem zakochana w Japonii i tamtejszym jedzeniu ale widzę, że i w Chinach bym się kulinarnie odnalazła :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie ciągnęło do Chin i nadal ciągnie ale pod względem kultury, sztuki oraz też jedzenia również bliższa jest mi Japonia, do której się wybieram za rok :)

      Usuń

Obsługiwane przez usługę Blogger.